24 lipca 2012

Ukraina 2012 - okiem Korby

Korba na Borżawie 

„ Wszystko mam, czyli jest pięknie, aż …. mięknie ” – Ukraina 2012 

 -„Spakujesz się w 2 torby?” - no jasne! Niedziela rano, pukanie do drzwi: „masz wszystko? gdzie bagaże?” - „no tu są” - „miały być 2 torby!?” -„toć są dwie, a to plecak + 2 reklamówki, mam wszystko!” 
 Ruszyliśmy po Duda. Okazało się, że Panowie do rana walczyli z przeszczepianiem serca z Mizrowego Ktm-a do Jurkowego Kata. Po tym zabiegu wskazane było, aby Dudo pojechał na kołach, żeby dotrzeć silnik. Zabraliśmy jego bagaże i ruszyliśmy do Robinia. Pakowanie motocykli na lawetę i w drogę! Z pewnych przyczyn jedyna kobieta, którą Panowie postanowili zabrać na wyprawę, została Stefanem – homoseksualistą (dla jej zdrowia psychicznego). Tak z małymi przerwami na lody, kawę i McDonaldsa zbliżaliśmy się do granicy Słowackiej. Szukanie kantoru oraz knajpy na obiad…zakończyło się kolacją w paskudnym barze, gdzie zjedliśmy jajecznicę, bo tego przecież nie da się schrzanić. Z myślą, że u Vadika zjemy normalną kolację, ruszyliśmy przez kręte drogi Słowacji. 
Dudo nawigator z precyzją snajpera wskazywał niebezpieczne zakręty i delikatnie sugerował, aby kierowca zwalniał zwłaszcza jeden zakręt zapadł mu w pamięci… ten, na którym podczas poprzedniej wyprawy, zapomniał skręcić i pojechał prostooooo….ale z happy endem.
  Dojechaliśmy do granicy ze Słowacją, tutaj mimo miłej atmosfery zła wiadomość. Marcin i jego Ktm muszą zostać, nie ta data w paszporcie. Ciężko było w to uwierzyć! Musieliśmy poszukać hotelu, gdzie motocykl może również bezpiecznie przenocować. Dalej ruszyliśmy w składzie trzyosobowym. Na obu granicach trzymali nas łącznie 2 godziny. Ukraińcy uświadomili Robinia, że nie jeździ mazdą tylko fordem klepanie tych samych danych do miliona różnych komputerów… i w końcu – możecie jechać. Obyło się bez łapówki, bo młodzi celnicy powiedzieli, żeby nas puścić. Na co Rob wypalił: „spasiba” a potem się tłumaczył… tłumaczył też, dlaczego jedziemy na Ukrainę, „bo w Uni Europejskiej jazda po górach jest zabroniona, a u Was nie” - z Dudem się tylko wymownie na siebie spojrzeliśmy, biorąc głęboki wdech. Dojechaliśmy do Vadika około 4 rano, gdzie dzielnie czekał na nas Tomek, Vadik i kolacja…a może śniadanie? Posiedzieliśmy chwilę i poszliśmy spać. 

 Poniedziałek - połonina Runa




  Na śniadanie dołącza do nas Peterka, przyjechał z Wrocławia ze swoją Husquarną „Husią”. Wspólne śniadanie - „talarki” (takie ciasto naleśnikowe z białym serem – Korbownikowy przysmak) i w drogę. Rozgrzewka – jedziemy na Betonkę. No to w drogę, podjazd z nie zawsze równych płyt, mijanie wielkich samochodów wożących ludzi na jagodobranie, ścieżki wiodące na szczyty połonin. Wjechaliśmy na 3 szczyty – widoki zapierały dech w piersiach w drodze powrotnej zajechaliśmy do baru – najlepsze na świecie pielmienie i barszcz ukraiński. Wróciliśmy do Vadika, ale chyba wszystkim było mało, bo Tomek zaproponował wypad na wyciąg – 5min drogi stąd. Nie trzeba było nas namawiać. Wjechaliśmy na fajną łąkę, wymieniliśmy się motkami i pośmigaliśmy dookoła. To jak, jedziemy wyżej? Ok.! Dudo i Peterka wyrwali do przodu, 

 Korba stwierdziła, że czas na pierwszą glebę… tylne koło wpadło w głęboką koleinę, przód dalej górą…i jak złapała przyczepność to niestety wyskoczyła jak z katapulty w bok…z góry. Na ratunek pobiegł Tomek rzucając swojego Transkarpata, Robinio spokojnie nagrał całą akcję i również nadbiegł z pomocą.

 Nic się nie stało – biodro się trochę potłukło. Jechaliśmy wyżej, ale kierownik DRZ nie dał rady, Tomek nie pchał się w ogóle, reszta chłopaków poleciała dalej. Chwilę czekaliśmy, kiedy do nas dołączyli wróciliśmy do pensjonatu. Kolacja, wódka, piwko i spać.

 Wtorek – Borżawa






Nie wiem czy przyznawać się czy nie, ale nigdy nie wyjechaliśmy w trasę przed 10 lubiliśmy się wyspać, potem śniadanko, poprawki motocyklowe i dopiero w drogę. Kontrola policyjna – do Stefana nie podeszli, ale Roba na „dmuchanko” zaprosili próbowali mu wcisnąć, że pił, ale Rob jest twardziel i kazał im się bujać. Dojechaliśmy do jakiejś miejscowości – przerwa na zaopatrzenie. KTM Roba odmówił odpalenia. Pewnie akumulator. Gdzie jest w pobliżu sklep elektryczny? Kupimy kable i odpalimy.

 Po co sklep elektryczny, jak Pani w spożywczo-przemysłowym miała wszystko.  Rob kupił jakieś kable od lodówki i po paru próbach – udało się! Jeśli się udało raz, to uda się i drugi. Rob podejmuje męską decyzję, jedziemy dalej.


Podjazdy i zjazdy dały nam sporo wrażeń, okazało się, że kanarek nie jest do końca ujeżdżony i lubił stanąć na koło,  robił to całkiem efektownie. Trzeba przyznać, że Panowie po rycersku pędzili na ratunek Stefanowi. Zjazd z Borżawy: o SHIT! Było stromo, kamieniście i z koleinami. Szacun dla Tomka – Transkarpatem wjechał i zjechał wszędzie. Połoniny zmieniły się w leśną drogę… pełną błota mieliśmy zatem okazję spróbować ukraińskiego SPA. Wyjazd z lasu i wjazd na myjkę, wypada się umyć. Znowu KTM nie chce odpalić… podpięli go zatem do jakiegoś czerwonego pojazdu – hurra! Jedziemy do domu. Kolacja – piwko – spać. 

Środa - tracimy kolejnego Ktm-a 




Śniadanie – wyproszone talarki i jedziemy (Tomuś wpisz nazwę gdzie) … Niestety KTM odmówił współpracy i Rob musiał zostać… Najpierw kamieniste drogi, potem trochę kałuż i błotka, jakaś rzeczka… i wskazówka od Duda: „będzie droga pod górę, taka z głazów, trzymaj mocno kierownicę, zapinasz dwójkę i się nie zatrzymuj.” Dojeżdżamy do rozstaju dróg. Dudo jedzie na wprost – Tomek koryguje kierunek –„tu w lewo”. W lewo??? W lewo jest rzeka a nie droga! No ale cóż, ruszamy w górę rzeczki.
Do tej pory nie pamiętam jak ja tam wjechałam… potem już było błoto, koleiny i pochyłe drogi – tu DRZ zaparkowała do góry nogami, a Peterka walnął pierwszą glebę. 
Szczęśliwie wyjechaliśmy z tego lasu, postój i przerwa na polanie. Zgodna decyzja, że powoli kierujemy się z powrotem do Vadika. Kolacja-piwko- spać

Czwartek- Transalp, a raczej TansKarpat


Transkarpat w tle
Śniadanie i jedziemy w nieznane. zaczynamy jak w środę, ale przy domku pojedziemy inną drogą. No to przed siebie – kałuża na kałuży, ogólnie droga urozmaicona, bo przerodziła się w kamienistą…potem z niewielką ilością głazów, potem przez polany i tak dojechaliśmy do rozstaju: lewo czy prawo? Tomek stwierdził, że TransK potrzebuje kąpieli i chcąc objechać kałużę, po prostu strzelił „paciaka” odpoczynek! Dudo uparł się, że droga w las wygląda zachęcająco więc jedźmy tam. Tomek, Stefan i Peterka – zgodnie wysłali Dudo jako testera – przedskoczka Dudo wchodzi w zakręt i paciak pierwszy!  Pojechał w las… wrócił i mówi, że jest ok. no to pojechaliśmy. 

Fajna droga leśna…z błotem i cholernymi gałęziami, na których łatwo było się wywalić. Stefan może to potwierdzić ale tylko 2 razy! Należy tu wspomnieć o kąpieli Duda. Brzoza nie chciała go puścić i delikatnie zrzuciła z motocykla – Dudo znalazł się pod wodą uwaga!

Niedźwiedzie grasują po Ukraińskich górach! Wyjechaliśmy z lasu, i jedziemy sobie piaszczysto kamienistymi drogami, szukając zjazdu, bo jadąc niemal non stop pod górę, kiedyś wypadałoby zjechać. No i jest…. O SHIT! Tomek zgasił silnik i ruszył lewą koleiną, Dudo pojechał prawą. Podjeżdża kolejna dwójka na skraj: spojrzeli po sobie wymownie, głęboki wdech i Stefan ruszył pierwszy. Przez myśl przeszło tylko „o ja pierd…, za cholerę nie da się wyhamować” – omijając koleinę w dole, udało się! Hurra! Zaraz nadjechał Peterka – czyli wszyscy szczęśliwie zjechaliśmy. O tyle milsza niespodzianka, że droga do której dojechaliśmy wyprowadziła nas na Betonkę! Ładny skrót, szczególnie polecany dla GS’ów, Transalpów i Afryk Wracamy. Stefan zarządza pielmienie i barszcz! Dojechaliśmy do Vadika, piwko, kolacja i piwko. Tradycją stało się oglądanie zdjęć i filmów z całego dnia.

 Piątek -  Błoto, błoto, ..., Ukraińskie SPA cd.


Śniadanie i jedziemy. Tomek został z Robem, stwierdził, że Transkarpat ma trochę dość i odpoczywa. We 3 ruszyliśmy w nieznane. Mamy skręcić w wiosce przed torami na mostek i jechać do góry… tylko tych mostków było od cholery! Skręciliśmy. Błotnista droga z kamieniami, rozwalona przez chodzące tamtędy krowy zaskoczyła Peterkę i walnął paciaka. Dojechaliśmy do miejsca, w którym trzeba było po prostu zawrócić. Znaleźliśmy inną drogę, wjazd łąką na szczyt, przerwa na podziwianie widoków.
Jedziemy w las… błoto, błoto, woda, podjazdy, błoto i woda…po przejechaniu pewnego kawałka, męska decyzja: zawracamy i jedziemy na piwo! Stefan wydarł pierwszy, przez co ominęła go widowiskowa gleba Peterki… tyłkiem w wodę.

Krótka przerwa, wylewanie wody z butów i ruszamy. Wycieczka zakończona przejazdem przez rzeczkę. Odstawiliśmy motocykle i padł pomysł, że wsiadamy wszyscy w samochód i jedziemy na pielmienie i barszcz i jak Bóg przykazał, cała rodzinka udała się na obiad. Powrót – piwko i ładowanie motocykli na lawetę. Kolacja, piwo, wódka, kiełbasa, konserwy, filmy, zdjęcia i spać. 


Sobota - czas się zbierać


Śniadanie, zgadnijcie co? talarki! Droga do Serca Stefana wiedzie przez Talarki (poprawnie zwane Sernikami) Ale wracajmy do tematu: dobrze, że załadowaliśmy motocykle wieczorem, bo tego ranka lało niemiłosiernie. Peterka szczęściarz musiał na Huśce przejechać na Słowację na kołach, bo tam zostawił samochód i lawetę. Poczekał chwilę, aż przestanie lać i pojechał. Nie wiemy na ile ulewa go oszczędziła. Do załadowania zostały jeszcze bagaże.


 Robiniowi i Dudowi średnio uśmiechało się pakowanie wszystkich tobołków w taki deszcz, więc padło pytanie-żart: Stefan, masz parasolkę? Podobno masz wszystko”.
 Chyba nie do końca oczekiwana odpowiedź: „no a jak? jasne że mam ;)” Zapakowaliśmy bagaże, wróciliśmy do Polski bez większych przygód. Do Wawy dotarliśmy ok. 23. Już planujemy kolejną wyprawę!

Mój Kanarek w Ukraińskim SPA - Suzuki DRZ 400 S

tekst: Justyna (Korbownik, Stefan) Małysko
zdjęcia: endurovoyager

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza